Żwir palił pod moimi bosymi stopami, gdy słońce wypalało moje ramiona. Ścieżka do zatoki była stroma, ale widok turkusowej wody pchał mnie naprzód. Moja torba uderzała o nagi plecy, sarong powiewał na wietrze jak flaga nowego początku. Byłam tu sama, daleko od zatłoczonych plaż wokół Puli. Szum fal zagłuszał każdą myśl o domu – o pracy, o letnim związku, który zostawiłam w Berlinie. Trzy tygodnie w Chorwacji, powiedziałam sobie. Czas dla mnie.

Zatoka otworzyła się przede mną jak muszla odsłaniająca swoje wnętrze. Skały otaczały wąski pas piasku, ocieniony przez sosny obsadzone oleandrami. Rozłożyłam ręcznik, nasmarowałam się kremem – brzuch, uda, piersi – i odchyliłam się do tyłu. Ciepło opadło na moją skórę jak ciężki koc, pozwalając mi się roztopić.
Usłyszałam go, zanim go zobaczyłam. Ciche skrzypienie kamieni, potem głęboki oddech. Usiadłam i ujrzałam mężczyznę wychodzącego z cienia drzew. Był wysoki, chudy, z ciemnymi lokami opadającymi na czoło. Miał na sobie przycięte dżinsy, nic więcej. Jego skóra była brązowa, klatka piersiowa pokryta cienką warstwą potu. Uśmiechnął się, gdy mnie zauważył, nie niepewnie, ale zaskoczony, jakby znalazł sekret.
„Cześć”, powiedział po angielsku, z ledwo słyszalnym akcentem. „Myślałem, że ta zatoka należy tylko do mnie.”
„Najwyraźniej nie”, odpowiedziałam, uśmiechając się do niego. Jego głos był głęboki i spokojny, jego barwa gładka jak woda.
Usiadł kilka metrów dalej na płaskim kamieniu i zapalił papierosa. Dym ciągnął się słodko i żywicznie w moją stronę. Obserwowałam go kątem oka: sposób, w jaki odchylał głowę do tyłu, ciesząc się słońcem na twarzy, jak strzepywał popiół leniwym ruchem. To było swobodne, bez żadnego wysiłku – naturalność, która mnie przyciągała.
„Jesteś tu pierwszy raz?”, zapytał, patrząc na morze.
„Tak. A ty?”
„Przyjeżdżam tu każdego lata. Odkąd byłem dzieckiem. Moja babcia mieszka we wsi na górze.” Wskazał brodą na wzgórza. „Dziś było jej za dużo. Za dużo pytań.”
Zaśmiałam się cicho. „Dlatego ucieczka?”
„Dlatego ucieczka.” Zgasił niedopałek w piasku i wstał. „Woda jest idealna. Idziesz?” Nie czekając na odpowiedź, pobiegł do morza. Fale uderzały o jego łydki, potem o uda, i zanurkował.
Zawahałam się tylko przez chwilę, potem zdjęłam majtki i poszłam za nim. Woda otoczyła mnie chłodno i jedwabiście, niosąc mnie w jego stronę. Gdy wypłynęłam na powierzchnię, był blisko, tylko na długość ramienia. Jego oczy były zielone, ze złotymi plamkami, a uśmiech odsłaniał ślad dołeczków.
„Mam na imię Luka“ – powiedział.
„Mara.“
„Mara. Brzmi jak morze.“
Płynęliśmy obok siebie, niewiele mówiąc. Nasze stopy nie sięgały już piaszczystego dna, a ja pozwoliłam się nieść, z rozłożonymi ramionami. Przepłynął pode mną i wynurzył się za mną, jego oddech muskał mój kark.
„Masz bliznę“ – powiedział cicho, a jego dłoń przesunęła się po moim lewym ramieniu, gdzie skóra po upadku sprzed lat pozostała gładka i biała. Jego dotyk był lekki, badawczy i zostawił gęsią skórkę na moim ramieniu.
„Stara historia.“
„Lubię blizny. Opowiadają rzeczy, których słowa nie potrafią.“
Odwróciłam się, woda opluła nas oboje. Jego klatka piersiowa była blisko mojej i czułam ciepło, które z niego emanowało, mimo chłodnego morza. Jego wzrok wędrował po mojej twarzy, ku moim ustom, i wiedziałam, że jeśli teraz nie odwrócę głowy, pocałuję go.
Pozostałam cicha.
„Mara“ – szepnął, a potem nasze usta się zetknęły. Pocałunek był słony i delikatny, jego język przesunął się po mojej dolnej wardze, niepewnie, pytająco. Uległam, otworzyłam usta, wpuściłam go. Jego dłoń spoczęła na moim biodrze, przyciągnęła mnie bliżej, aż nasze ciała splotły się w wodzie. Poczułam jego podniecenie na moim brzuchu, twarde i ciepłe pod mokrą tkaniną jego spodni.
Oderwaliśmy się od siebie powoli, bez tchu. „Chcę więcej“ – powiedział, nie tracąc uśmiechu. „Ale nie tutaj, w wodzie, gdzie nie czuję gruntu.“
Wziął mnie za rękę i poprowadził z powrotem na plażę. Z torby wyjął dwa ręczniki, jeden położył jako podkład na piasku. Usiedliśmy, skóra wciąż mokra, powietrze chłodne na wilgotnej skórze. Uklęknął przede mną, z dłońmi na moich udach, i spojrzał na mnie.
„Chcę cię posmakować“ – powiedział, a słowa padły ciężko i wprost między nami. Jego dłonie rozsunęły moje uda, a on pochylił się. Jego usta były ciepłe na moim brzuchu, wędrowały niżej, zostawiając ślad pocałunków. Oparłam się, z ramionami w piasku, i otworzyłam się przed nim.
Jego język znalazł mnie mokrą i gotową, a on jęknął cicho, gdy poczuł pierwszy smak. Był zręczny, znał sztukę powolności. Kręgi wokół mojego jąderka, potem płaskie, szerokie przeciągnięcia, które sprawiały, że drżałam. Jego palce otwierały mnie delikatnie, bawiły się mną, podczas gdy jego język znajdował rytm. Wbiłam palce w piasek, wygięłam plecy, gdy pierwsze drżenie przebiegło przez moje uda. Nie przerwał, tylko zwolnił, uśmiechając się w moją skórę.
„Jeszcze nie“, mruknął, a jego głos wibrował przez moje ciało. Zanurzył się z powrotem, ssał delikatnie moje najczulsze miejsce, a ja zapomniałam oddychać. Świat zredukował się do jego ust, jego rąk, szumu morza, który dźwięczał w moich uszach. Wygięłam się ku niemu, pozwoliłam, by chwycił moją miednicę, żeby mnie utrzymać, gdy fala w końcu nadeszła – nie jak krzyk, ale jak długie, głębokie duszenie, które mną wstrząsnęło, a potem puściło. Sapnęłam, piasek zgrzytał pod moimi plecami.
Uniósł się, jego podbródek lśnił ode mnie, a on wytarł go wierzchem dłoni. „Dobrze?”
Zaśmiałam się ochryple. „Chodź tu.”
Nachylił się nade mną, a ja poczułam smak siebie na jego wargach, gdy go całowałam. Jego dłonie wędrowały wzdłuż moich boków, ku piersiom, objęły je mocno. Czułam, jak moje ciało wciąż drga, każde dotknięcie to mała eksplozja.
„Teraz ja”, powiedziałam i odepchnęłam go delikatnie na plecy. Jego spodnie poluzowały się, materiał napinał się nad jego erekcją. Pociągnęłam za pasek, a on uniósł miednicę, by mi pomóc ściągnąć szorty przez biodra. Jego członek wystrzelił ku mnie, ciemny i twardy, czubek lśniący.
Pochyliłam się nad nim, język najpierw na jego brzuchu, potem niżej. Wzięłam go do ust, powoli, z wysuniętymi wargami. Wciągnął gwałtownie powietrze, gdy wzięłam go głęboko, jego smak słony i męski. Pracowałam w rytmie, który wyrywał mu jęki, jego dłoń wpiła się w moje mokre włosy, nie popychając, tylko trzymając. Czułam, jak się napina, jak mięśnie jego ud się spinają, i puściłam go na chwilę, by na niego spojrzeć.
„Jeszcze nie”, szepnęłam, imitując jego własną grę, i uśmiechnęłam się. Roześmiał się, głębokim dudnieniem w piersi, i pociągnął mnie w górę.
„Chodź na mnie”, powiedział. Usiadłam na nim okrakiem, piasek ciepły pod moimi kolanami. Jego dłonie spoczęły na moich biodrach, prowadziły mnie, aż poczułam jego czubek przy sobie. Opuszczałam się powoli, przyjmując go kawałek po kawałku, uczucie rozciągnięcia i wypełnienia, które kazało mi się zatrzymać. Był duży, wypełniał mnie, a ja zamknęłam oczy, by zatrzymać tę chwilę.
„Poruszaj się”, wyszeptał, a ja zaczęłam, lekkie kołysanie, które narastało. Jego dłonie pomagały, prowadziły, gdy się unosiłam, a potem opadałam z powrotem. Tarcie było idealne – każdy ruch w górę to krótka strata, każdy ruch w dół to ponowne spotkanie. Jechałam na nim w piasku, słońce malowało cienie na naszych ciałach, a świat był tylko tym ruchem, tym byciem razem.
Jego oddech przyspieszył, uścisk stał się mocniejszy. „Czekaj”, wydusił, a ja się zatrzymałam, czując, jak bierze się w garść. „Chcę dojść z tobą.”
Zrozumiałam, zmieniłam pozycję, obróciłam się na czworaki. On klęczał za mną, z dłońmi na moim biodrze. Poczułam go na chwilę przy moim wejściu, po czym wszedł we mnie, głęboko i prosto. Jęknęłam, przyciskając się do niego. Jego rytm był inny niż mój – potężniejszy, bardziej wymagający. Każde pchnięcie popychało mnie do przodu, moje piersi ocierały się o ręcznik, i nie mogłam nic innego, jak iść z nim w tym tempie.
Jego dłoń wsunęła się między moje nogi, znalazła punkt, który wciąż pulsował od wcześniej, i masowała go w rytmie jego pchnięć. Nie minęło wiele czasu, zanim znów to poczułam – to nabrzmiewanie, to skurcz, to opadanie. Tym razem krzyknęłam, krzyk odbił się od skał i zginął w szumie morza.
Za mną jęknął, jego ciało zesztywniało, i poczułam, jak we mnie dochodzi, ciepło i falami. Pozostał we mnie, z czołem opartym na moich plecach, łapiąc oddech. Ostrożnie opuściłam się do przodu, a on wysunął się ze mnie. Leżeliśmy obok siebie, nasze ciała lśniły, piasek przywierał do nas.
Po chwili wstał, obmył się krótko w morzu i wrócił z butelką wody ze swojej torby. Podał mi ją, a ja piłam łapczywie. Potem położył się obok mnie, z głową na moim brzuchu.
„Dziś wieczorem ugotuję ci coś”, powiedział. „Ryba, z targu. Jeśli chcesz.”
Przejechałam dłonią po jego lokach. „Chcę.”
Słońce stało niżej, zalewając zatokę złotem i pomarańczą. Milczeliśmy, ale to nie było puste milczenie: to była cisza dwojga ludzi, którzy powiedzieli sobie wszystko, co w danej chwili się liczy.
Głosy społeczności
Jeszcze nie ma głosów — powiedz pierwsza, co Cię podnieciło.
