Ta historia została stworzona automatycznie przy wsparciu AI. Wszystkie osoby są pełnoletnie. Od 18 lat.

Wieczorna mgła wciąż wisiała między stajniami, gdy weszła na podwórze, a powietrze pachniało sianem i ciepłą skórą. Miała zbadać młode klacze, które kupił dwa tygodnie temu, ale jej myśli krążyły wokół mężczyzny, który wyszedł jej naprzeciw przy bramie. Jego włosy były potargane od dnia, koszula kleiła się do pleców, a gdy wyciągnął do niej rękę, poczuła zgrubienia na palcach, które zdradzały kogoś, kto potrafi chwycić. Poznała go sześć tygodni temu, na obcym podwórzu, gdzie leczyła zranioną klacz, i od tamtej pory został w jej głowie, jakby mieszkał tam od zawsze.
„Dziewczyny są dziś niespokojne” – powiedział, wskazując brodą boksy. „Może przez pełnię.” Jego uśmiech był krzywy, a ona poczuła, jak coś ściska jej się w piersi. Poszła za nim do stajni, poczuła słodki zapach jabłek i słomy, a gdy badała pierwszą klacz, której uszy drgały, czuła jego wzrok na swoim karku. Wykonywała swoją pracę, czuła ciepły bok konia pod dłońmi, ale każdy ruch jej palców zdawał się być skierowany do niego, każdy oddech, który brała, zdawał się go przyciągać.
Gdy skończyła, oparł się o framugę drzwi, ze skrzyżowanymi ramionami. „Kawa? Albo coś mocniejszego?” Roześmiała się, wytarła ręce o spodnie i skinęła głową. Usiedli na werandzie, deski trzeszczały pod ich krzesłami, a słońce zaszło za wzgórza, barwiąc niebo na głęboki pomarańcz. Opowiadał o koniach, o swoim planie budowy nowej hali, a jego głos miał spokojny ton, który ją usypiał, ale jednocześnie trzymał w napięciu. Piła kawę, obserwowała jego dłonie obejmujące filiżankę i myślała o tym, jak te dłonie mogłyby spocząć na jej skórze.
„Muszę jechać do Grazu” – powiedział nagle, odstawiając filiżankę. „Kupić kilka rzeczy. Jedziesz ze mną?” Zawahała się przez jedno uderzenie serca, po czym skinęła głową. Pojechała z nim starym jeepem na dworzec, silnik dudnił, a krajobraz przesuwał się obok, pola rozciągające się w wieczornym świetle. W pociągu znaleźli przedział, prawie pusty, i usiedli obok siebie, ramiona dotykały się przy każdej zakręcie. Anonimowość wielu twarzy wokół nich dała im swobodę, której nie czuli na podwórzu, i zaczęli szeptać, śmiać się, ich kolana się stykały, a ona na to pozwoliła.
Pociąg wytoczył się z tunelu, światła zamigotały, a w ciemności poczuła jego dłoń na swojej, ciepłą, domagającą się. Pochylił się ku niej, a jego usta odnalazły jej, pocałunek początkowo delikatny, potem głębszy, bardziej natarczywy. Poczuła smak kawy i czegoś słodkiego, a jej palce wbiły się w jego ramię. Gdy pociąg znów wyjechał w światło dzienne, oderwali się od siebie, ciężko oddychając, a ich oczy trzymały się nawzajem, jakby podzielili się sekretem, którego nikt inny by nie zrozumiał.
W Grazu szli wąskimi uliczkami, słońce stało jeszcze wysoko, i trzymali się za ręce, palce splecione, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. Odwiedzili wieżę zegarową, stanęli na Schlossbergu i patrzyli na dachy, a on objął ją ramieniem, przyciągnął do siebie. Mówiła o swojej pracy, o gospodarstwach, które odwiedzała, o nocach w obcych pensjonatach, a on słuchał, kiwał głową, a jego kciuki gładziły jej ramię. Poczuła się dostrzeżona w sposób, jakiego nie doświadczyła od lat, a miasto wokół nich zdawało się rozpływać.
Gdy zapadł zmierzch, wrócili na dworzec, a w pociągu znów zajęli swoje miejsca. Tym razem anonimowość nie była już potrzebna; siedzieli blisko siebie, ich uda przyciskały się do siebie, a ona czuła bijące od niego ciepło przez cienki materiał spodni. Pociąg jechał przez noc, szyby odbijały ich sylwetki, a ona pochyliła się ku niemu, szepnęła mu do ucha, co chce z nim zrobić, gdy wrócą. Zaśmiał się cicho, jego dłoń powędrowała na jej udo, a ona poczuła jego palce, które sunęły powoli wyżej, aż dotarły do brzegu spódnicy. Siedziała nieruchomo, pozwalała na to, a jej oddech stawał się płytszy, gdy jego palce odnalazły miękką skórę wewnętrznej strony jej uda.
„Nie tutaj” – szepnęła, ale jej głos brzmiał ochryple, a jej dłoń położyła się na jego, przyciskając mocniej. Cofnął rękę, ale jego wzrok pozostał na jej ustach, a ona wiedziała, że ten moment nadejdzie, wkrótce, nieuchronnie.
Z powrotem na farmie powietrze było chłodne, a gwiazdy stały wyraźnie nad wzgórzami. Zaparkował jeepa, wysiedli, a drzwi trzasnęły w ciszy. Wziął ją za rękę, nie poprowadził jej na werandę, lecz do stajni, gdzie konie cicho parskały. Zapach słomy i koni otulił ich, a on obrócił ją ku sobie, dłonie na jej biodrach. „Myślałem o tym przez całą drogę” – powiedział, głosem chrapliwym. „O tobie. O tym, co chcę z tobą zrobić.”
Nie odpowiedziała nic, tylko przyciągnęła go za kołnierz koszuli, a jej usta odnalazły jego, tym razem bez wahania, bez łagodności. Jego dłonie wędrowały pod jej koszulkę, odnalazły jej piersi, a ona jęknęła mu w usta, gdy jego kciuki przesuwały się po jej sutkach. Rozpięła mu koszulę, palce jej drżały, a gdy poczuła ciepłą skórę jego klatki piersiowej, delikatny meszek, który kręcił się pod jej dłońmi, zapomniała, gdzie jest. Uniósł ją, ona oplotła nogami jego biodra, a on zaniósł ją na stertę bali siana, opuścił ją delikatnie, tak że jej plecy spoczęły na miękkim sianie. Nad nimi ciemna więźba dachu, wokół nich zapach lata i zwierząt, a on uklęknął między jej nogami, ściągnął jej spodnie przez biodra, a ona uniosła miednicę, pomagając mu.
Jego dłonie przesuwały się po jej udach, rozchylały je, a gdy jego usta dotarły do jej skóry, wewnętrznej strony uda, wciągnęła gwałtownie powietrze. Całował się powoli wyżej, jego język kreślił wilgotne ślady, a gdy odsunął jej majtki na bok, pierwsze dotknięcie jego języka na jej wilgotnej szparze, odrzuciła głowę w siano. Lizał ją powolnymi, wymagającymi pociągnięciami, jego dłonie trzymały jej biodra mocno, a ona wbiła palce w jego włosy, przyciągnęła go bliżej, podczas gdy jej kolana drżały. Świat wokół nich skurczył się do tej chwili, do smaku jej na jego języku, do dźwięku jej oddechu, który wypełniał stajnię. Doszła, z krzykiem, który zdławiła w dłoni, jej ciało wygięło się w łuk, a on nie ustawał, lizał ją przez fale, aż opadła bezwładnie pod jego dłońmi.
Rozebrał się, jego spodnie opadły, a ona patrzyła na niego, na jego ciało w słabym świetle, które wpadało przez okno. Sięgnęła po niego, przyciągnęła go na siebie, a gdy w nią wszedł, powoli, głęboko, jęknęła, z dłońmi na jego ramionach, z szeroko otwartymi oczami. Poruszał się w niej, rytm, który początkowo był spokojny, potem szybszy, bardziej natarczywy, a ona unosiła biodra, przyjmowała go, jej palce wbijały się w mięśnie jego pleców. Stajnia pachniała sianem i potem, koniem i latem, a każde pchnięcie unosiło ją wyżej, aż myślała, że pęknie.
„Patrz na mnie” – szepnął, a ona to zrobiła, spojrzała w jego oczy, ciemne od pożądania, i to spojrzenie, ta więź, sprawiła, że znów zachwiała się nad krawędzią. Doszła po raz drugi, jej mięśnie zacisnęły się wokół niego, a on jęknął, wtulił twarz w jej szyję, a ona poczuła go w sobie, gorącego i głębokiego, gdy w niej eksplodował. Leżeli tam, spoceni, w sianie, ich serca biły o siebie, a konie parskały cicho w boksach, jakby nic nie zauważyły.
Później, na werandzie, siedzieli obok siebie, z splecionymi dłońmi, a gwiazdy stały się jaśniejsze. Ścisnął jej palce, a ona oparła głowę o jego ramię. „Jutro znów muszę jechać” – powiedziała cicho. „Gospodarstwo koło Liezen.” Skinął głową, nic nie mówiąc, ale jego dłoń spoczywała ciepło na jej dłoni, i wiedziała, że ten letni wieczór nie był ostatnim. Odległość między ich wyjazdami miała pozostać, podróże pociągiem, noce w samotności, ale nauczyła się, że tęsknota to także coś, co można poczuć – w dłoni, w biciu serca, we wspomnieniu jego języka na swojej skórze. Wstała, pociągnęła go za sobą i poprowadziła do domu, gdzie łóżko na nich czekało, a noc była jeszcze długa.
Głosy społeczności
Jeszcze nie ma głosów — powiedz pierwsza, co Cię podnieciło.
