Zapach lawendy ciążył w wieczornym powietrzu, gdy Jonas dokręcał ostatni pas namiotu. Lena stała obok niego, obejmując się ramionami, i patrzyła, jak zmierzch spowija drzewa oliwne srebrzystymi cieniami. Gdy się wyprostował i mrugnął do niej, powiedział: „Spakowałem tylko jeden koc.” Jego uśmiech był ledwo widoczny w półmroku, ale słyszała psotę w jego głosie.

„Ja też.” Wcisnęła resztę śpiwora do plecaka i wyprostowała się. Wiatr musnął jej nagie ramiona, chłodny i pachnący suchą trawą. „Będziemy musieli się podzielić.”
Zaśmiał się cicho. „Będzie ciasno.”
Wzruszyła ramionami i ruszyła przodem do namiotu, który rozbili godzinę wcześniej między dwoma sękatymi drzewami oliwnymi. Podłoże było nierówne, ale miękkie od mchu i igieł sosnowych. Wczołgała się do środka, Jonas podążył za nią, a mały namiot natychmiast wypełnił się ich wspólnym ciepłem.
Powietrze stało gęste i ciężkie, przesycone ich oddechami. Lena czuła każdy oddech na swoim policzku, gdy położył się obok niej. Jego zapach – benzyny i potu, miętowej gumy do żucia, którą żuł przed wyjazdem – otulał ją. Odwróciła głowę i dostrzegła zarys jego ramienia w półmroku.
„Jesteś zmęczona?”, szepnął.
„Nie bardzo.” Jej serce biło tak głośno, że była pewna, iż on musi to słyszeć.
Jego dłoń odnalazła jej rękę w śpiworze. Jego palce były ciepłe, opuszki szorstkie. Przesunął po jej wierzchu dłoni, raz, drugi, po czym splótł swoje palce z jej. Lena wstrzymała oddech. „Lena”, powiedział, a jego kciuk kreślił kółka na jej skórze.
„Tak?” Jej głos był ledwie tchnieniem.
„Chcę cię pocałować.” Nie pytanie, stwierdzenie. Ale czekał, zostawiając jej przestrzeń, by mogła powiedzieć nie. Ona milczała.
Nachylił się nad nią. W słabym świetle dostrzegła cienie jego rzęs na policzkach. Jego usta były miękkie, pocałunek najpierw nieśmiały, potem badawczy. Smakował miętą i solą. Rozchyliła wargi, a jego język wślizgnął się do środka, ostrożnie, pytająco.
Ich dłonie się rozplotły, a ona chwyciła go za kark, przyciągając bliżej. Podparł się na łokciu, ciężar jego tułowia był obietnicą, przyrzeczeniem. Pocałunek pogłębił się, stał się bardziej zachłanny. Piersi Leny napierały na cienki materiał jej koszulki; poczuła jego palce szukające brzegu, wsuwające się pod spód, pieszczące ciepłą skórę jej brzucha.
Zadrżała, a jej miednica uniosła się mimowolnie ku jego biodru. „Jonas”, wyszeptała mu w usta.
„Tak?”
„Zrób to jeszcze raz.”
Zaśmiał się cicho, a ten dźwięk wibrował w niej. Jego dłoń powędrowała wyżej, musnęła spód jej piersi. Materiał jej stanika był cienki; czuła każdy palec przez tkaninę. Zawahał się, po czym objął jej pierś w całości, wypukłość idealnie pasowała do jego dłoni. Jęknęła cicho.
„Wszystko w porządku?” – zapytał.
„Tak. Połóż się. Na mnie.”
Usłuchał, przesunął się nad nią, a jego ciężar przycisnął ją do karimaty. Ciepło, które z niego biło, było niemal zbyt intensywne. Poczuła jego twardy penis przez materiał swoich szortów napierający na jej udo, a ten nacisk wywołał w niej głębokie pulsowanie.
Podciągnęła koszulkę; pomógł jej ją zdjąć. Nocne powietrze ochłodziło jej wilgotną skórę, a chwilę później jego usta były na jej brodawce. Ssał delikatnie, a dreszcz przebiegł przez jej ciało aż do łona. Wbiła palce w jego włosy, przycisnęła go mocniej do siebie.
„Smakujesz lawendą” – wymruczał.
„Szampon” – powiedziała zdyszana i zaśmiała się.
Przeszedł na drugą stronę, pozwolił swojej dłoni wędrować niżej, przez pępek, do pasa jej szortów. Spojrzał na nią, z pytaniem w oczach. Skinęła głową.
Otworzył guzik, a dźwięk zamka błyskawicznego był ogłuszający w ciszy. Uniosła biodra, a on ściągnął jej szorty i figi. Powietrze musnęło jej wilgotne wargi sromowe, a ona wzdrygnęła się.
„Jesteś taka piękna” – powiedział, jego głos ochrypły z pożądania.
Jego palce przesunęły się przez jej szparę, zebrały wilgoć i rozprowadziły ją po jej łasce. Sapnęła, wciskając głowę w śpiwór. Krążył powoli, jej nogi rozchyliły się szerzej. Rytm przyspieszył, jej biodra poruszały się przeciw jego dłoni, a ona poczuła narastającą falę, bliską i natarczywą.
„Nie” – szepnęła – „jeszcze nie. Chcę cię poczuć.”
Zatrzymał się, pochylił i pocałował ją w czoło. „Jesteś pewna?”
Zamiast odpowiedzieć, sięgnęła po jego pasek i zaczęła grzebać przy klamrze. Jej palce były niezdarne z podniecenia i pożądania. Pomógł jej, rozpiął dżinsy i zsunął je z bioder. Jego penis wyskoczył, ciepły i twardy przy jej udzie. Objęła go, skóra aksamitna na sztywnej długości. Jęknął cicho.
Wyprostował się, uklęknął między jej nogami. Prezerwatywa była w jego kieszeni; usłyszała szelest, potem kliknięcie opakowania. „Możesz mi pomóc?” – zapytał.
Usiadła i wzięła prezerwatywę. Była gładka i oleista. Rozwinęła ją na jego czubku, wzdłuż nabrzmiałego prącia. Jego dłonie głaskały jej ramiona i delikatnie odepchnęły ją z powrotem na matę.
Znów leżał nad nią, ciężar opierając na ramionach. Czubek dotknął jej wejścia, a ona mimowolnie się napięła. Zatrzymał się, pocałował ją – powoli, uspokajająco. „Powoli” – powiedział przy jej ustach.
Skinęła głową, wypuściła głęboko powietrze, tak jak sobie postanowiła. Nacisnął, a czubek wsunął się kawałek do środka. Krótki, przeszywający ból, potem rozciąganie, które rozpłynęło się w cieple. Przygryzła wargę. Pozostał nieruchomy, czekał.
„Dalej” – powiedziała, a jej głos drżał.
Wsunął się głębiej, centymetr po centymetrze, aż był w niej cały. Poczuła się wypełniona, pełna, nasycona. Było ciepło i ciasno, a jego bicie serca pulsowało przeciw jej piersi. Leżał nieruchomo, osadzony w niej, twarzą przy jej szyi.
„Wszystko w porządku?” – wyszeptał.
„Tak. Ruszaj się.”
Cofnął się, tylko odrobinę, i wepchnął się z powrotem. Rytm się rozpoczął, najpierw łagodny, potem bardziej natarczywy. Ciało Leny odpowiedziało, jej biodra uniosły się ku niemu. Tarcie rozpaliło żar, który się rozprzestrzeniał, przez jej brzuch, piersi, aż do gardła. Jęknęła, a on przycisnął usta do jej szyi, ssał, poruszając się w niej.
Fala nadeszła znowu, teraz silniejsza. Wbiła palce w jego plecy, czuła mięśnie pracujące pod jego skórą. Jego oddech stał się szybszy, urywany. Otworzyła oczy i w słabym świetle zobaczyła jego twarz, wykrzywioną z koncentracji i rozkoszy.
„Kończę” – szepnęła, słowa ledwie słyszalne.
Orgazm wyrwał ją z siebie, dzika jazda, która wstrząsnęła jej ciałem. Krzyknęła, zduszony dźwięk, i objęła go mocno. On poszedł za nią, głębokimi, twardymi pchnięciami, a ona poczuła, jak w niej dochodzi, drgania, które pchały ją jeszcze głębiej.
Opuścił się na nią, ciężki i ciepły. Jego twarz spoczęła na jej ramieniu, serce waliło o jej żebra. Pogładziła go po plecach, czuła pot na jego skórze, zapach lawendy mieszający się z jej własnym zapachem.
Po chwili przetoczył się na bok, przyciągając ją w zagłębienie swojego ciała. Koc wystarczył właśnie dla nich obojga. Pocałował jej ramię, a ona poczuła jego uśmiech na swojej skórze.
Cisza była wypełniona ich oddechem, który powoli się uspokajał. Lena przytuliła się do niego mocniej, jej głowa spoczywała w zagłębieniu jego ramienia. Zapach lawendy był teraz jeszcze intensywniejszy, zmieszany z zapachem seksu i potu. Czuła ciepło jego skóry, równomierne unoszenie i opadanie jego klatki piersiowej. Jej palce wędrowały po jego piersi, bawiły się włoskami, kreśliły linie.
„To było… niesamowite” – wyszeptała.
On nie odpowiedział słowami, lecz odwrócił głowę i pocałował ją w czubek głowy. Jego ramię leżało ciężko wokół jej talii, kciuk muskał delikatną skórę jej brzucha. Zadrżała, a nowe mrowienie rozeszło się w jej podbrzuszu.
„Nie mogę się tobą nasycić”, powiedział cicho. Jego dłoń powędrowała w górę, pieściła spód jej piersi. Ona natychmiast się obudziła, resztki zmęczenia ulotniły się. Odwróciła się do niego, jej twarz znajdowała się zaledwie centymetry od jego.
„To weź mnie jeszcze raz”, wyszeptała i pocałowała go. Tym razem pocałunek był bardziej wymagający, bardziej wprawny. Ich języki spotkały się, igrały ze sobą. Jego dłoń objęła jej pierś, kciuk potarł twardniejący czubek. Jęknęła mu w usta.
Przewrócił ją na plecy i pochylił się nad nią. Jego usta wędrowały od jej ust do podbródka, w dół szyi. Ona odchyliła głowę do tyłu, ofiarowując mu swoje gardło. Polizał delikatnie, lekko ugryzł skórę, a ona drgnęła pod nim.
Jego język kontynuował swoją drogę, przez obojczyk, między jej piersiami. Wziął jedną brodawkę do ust, ssał, podczas gdy jego palce masowały drugą. Lena wbiła dłonie w jego włosy, przyciągnęła go mocniej. Doznania ją zalały, nie pozostawiając miejsca na myśli, tylko czyste uczucie.
Oderwał się od jej piersi i powędrował niżej, w dół brzucha. Jego oddech był ciepły na jej skórze. Poczuła, jak na chwilę się zawahał, po czym zanurzył się. Jego język odnalazł jej łechtaczkę, okrążał ją czubkiem. Krzyknęła cicho, jej miednica uniosła się ku niemu. Przytrzymał jej biodra, nie pozwalając jej uciec, podczas gdy ją lizał, raz delikatnie, raz mocniej.
„Jonas…”, jęknęła, uczucie było przytłaczające. On odpowiedział głębokim, zadowolonym pomrukiem, który wibrował przez nią. Jego palce wślizgnęły się w nią, podczas gdy jego język pracował dalej. Dwa palce, które się poruszały, rozciągały ją. Była gotowa, tak gotowa.
Uniósł głowę, spojrzał na nią. Jego usta lśniły, oczy były ciemne od pożądania. „Chcę cię poczuć”, powiedział ochryple. Wycofał palce i ustawił się nad nią. Tym razem nie było wahania. Wsunął się w nią jednym, płynnym ruchem. Sapnęła, pełnia była jeszcze intensywniejsza niż wcześniej.
Zaczał się poruszać, rytmem, który natychmiast porwał ich oboje. Ona dostosowała się, ich biodra spotykały się w pradawnej melodii. Powietrze wypełniły ich odgłosy, ciche skrzypienie maty, zapach lawendy i pożądania. Całowali się, otwarcie i zachłannie, podczas gdy ich ciała się stapiały.
Szczyt nadszedł tym razem wspólnie. Poczuła, jak pulsuje w niej, usłyszała jego krzyk, który umarł w jej ustach. Ona sama została porwana przez falę, która ją uniosła, drgała wokół niego, i przez chwilę nie istniało nic poza nimi dwojgiem.
Powoli ruchy ucichły. On pozostał w niej, jego oddech się uspokajał. Ona leżała pod nim, całkowicie zrelaksowana, jej palce przesuwały się po jego plecach. Płachta namiotu szeleściła cicho na wietrze, gdzieś cykał świerszcz.
„Kocham cię” – szepnął jej do ucha. Te słowa trafiły ją prosto w serce. Otworzyła oczy, spojrzała na niego. Jego twarz była blisko, poważna, oczy szeroko otwarte.
„Ja też cię kocham” – powiedziała, a to była najprostsza, najprawdziwsza rzecz na świecie.
Pocałował ją delikatnie, po czym przeturlał się na bok, puścił ją. Wstał, na ile pozwalał namiot, i wyciągnął butelkę wody ze swojego plecaka. Pili na zmianę, woda była chłodna i orzeźwiająca. Potem znów się położył, przyciągnął ją do siebie.
Koc wystarczał, gdy tulili się do siebie. Śpiwór był wilgotny od ich ciał, ale to nie miało znaczenia. Czuła zmęczenie w kończynach, zadowolenie w duszy. Zamknęła oczy, słyszała bicie jego serca pod swoim uchem.
„Dobranoc, Leno” – mruknął.
„Dobranoc, Jonasie.”
Zapach lawendy otulał ich jak czuła dłoń, podczas gdy sen delikatnie ich spowijał.
Głosy społeczności
Jeszcze nie ma głosów — powiedz pierwsza, co Cię podnieciło.
