Monitor rzucał blady błękit na jej policzki, gdy Lena podniosła wzrok. „Naprawdę myślisz, że ci się to uda?” Oparła się, krzyżując ramiona na piersi. Jej ton był ostry, ale w oczach czaiło się coś innego – wąskie, badawcze spojrzenie, które sięgało głębiej niż zwykły sceptycyzm.

Nils wzruszył ramionami. „Błąd leży w trzeciej sekcji, nie w drugiej. Przeliczyłem te liczby już raz.” Przesunął wydrukowany arkusz kalkulacyjny po wypolerowanym biurku. „Zobacz sam.”
Przyglądała mu się dłużej, niż było trzeba. Trzy tygodnie już tu był, ten praktykant o bystrych oczach i rozbrajającej bezpośredniości, która ją rozbrajała. Zadawał pytania, których nikt nie śmiał zadać, i już dwukrotnie obalił jej założenia. To ją irytowało. I podniecało w sposób, którego nie chciała sobie uświadomić.
„Jest prawie jedenasta”, powiedziała, a jej głos zabrzmiał bardziej płasko, niż zamierzała. „Jeśli się mylisz, jutro rano o szóstej znów tu siedzimy.”
„Nie mylę się.” Jego uśmiech był wąski i pewny siebie – rys, który wywołał u niej mimowolny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Dreszcz, który osiadł głęboko u nasady szyi. Dreszcz, na który nie mogła sobie pozwolić.
Wstała, obeszła biurko i stanęła tuż przed nim. Dzieliła ich zaledwie szerokość dłoni. „Pokaż mi swoje obliczenia.”
Czuć było od niego kawę, późną porę i bardzo delikatnie – korzenny dezodorant, którego nie znała. Jego palce szybko uderzały w klawiaturę, wywołując plik. Pochyliła się, jej ramię musnęło jego. Zatrzymał się w pół ruchu.
„Tutaj”, powiedział, a jego głos zabrzmiał ochryplej. „Kolumna G. Formuła odwołuje się do złej komórki.” Obrócił monitor w jej stronę. Musiała pochylić się jeszcze bardziej; włosy opadły jej do przodu, musnęły jego dłoń. Poczuła, jak wstrzymuje oddech, jak jego ręka lekko napina się pod jej włosami.
Jej puls przyspieszył. To było głupie. Całkowicie nieprofesjonalne. On był praktykantem, ona kierowniczką działu. A jednak jego bliskość działała jak magnes, którego nie mogła wyłączyć, jak prąd, który zagłuszał jej rozsądek.
„Masz rację”, powiedziała. To przyznanie paliło słodko na jej języku. „To mi umknęło.”
Spojrzał w górę. Ich twarze dzieliły zaledwie centymetry. W jego oczach nie było triumfu, nic z tego zwykłego błysku zwycięstwa. Zamiast tego coś innego – ciche, intensywne pragnienie, które zaparło jej dech i na chwilę pozwoliło zapomnieć, gdzie jest.
„Dlaczego po prostu mnie nie poprawiłeś?”, zapytała, a jej głos był cichszy, niż zamierzała. „Na dzisiejszym spotkaniu. Milczałeś.”
„Bo chciałem zobaczyć, czy sama to zauważysz.“ Przesunął wzrokiem po jej twarzy, zatrzymał się na jej ustach. „Jesteś mądrzejsza, niż na to wyglądasz, Leno.“ Imię uderzyło w nią niespodziewanie. Nikt jej tu tak nie nazywał. Zawsze była panią dr Voss. Ale z jego ust zabrzmiało jak obietnica.
To było wypowiedzenie wojny. Zamiast odpowiedzieć, pochyliła się i pocałowała go.
To nie był delikatny pocałunek. Ich usta zderzyły się twardo, żądająco, w teście granic. Zareagował natychmiast, położył dłoń na jej biodrze, przyciągnął ją bliżej. Jego język odnalazł jej język, a ona wpuściła go, pozwoliła mu wyznaczać tempo, tylko na chwilę. Smak kawy i czegoś słodkiego, czego nie potrafiła nazwać, wypełnił jej usta.
Potem się wyrwała. „To szaleństwo.“ Jej głos drżał, ledwie szept.
„Tak“, powiedział. „Chcesz przestać?“
Wytrzymała jego spojrzenie. Rozum krzyczał tak. Ciało krzyczało nie. „Nie“, wyszeptała.
Wstał. Teraz przewyższał ją o pół głowy, a pokój zdawał się maleć. Jego dłoń wędrowała z jej biodra na kark, obróciła delikatnie, domagając się ponownie jej ust. Tym razem całował ją wolniej, z większą rozkoszą, przesuwał wargami po jej wargach, delikatnie przygryzł jej dolną wargę. Jęknęła, cichy, zduszony dźwięk, który wywołał na jego twarzy uśmiech – wąski, niebezpieczny uśmiech.
„Nie masz jeszcze pojęcia, na co się porywasz“, mruknął.
„To mi pokaż“, odpowiedziała, a jej głos zabrzmiał obco w jej własnych uszach. Głęboko, chrapliwie, pełen tęsknoty, którą długo trzymała pod kluczem.
Odsunął ją do tyłu, przyciskając do biurka. Krawędź wbiła się w jej plecy, ale już ją to nie obchodziło. Jego dłonie wsunęły się pod jej bluzkę, przesunęły po nagiej skórze jej brzucha. Zadrżała pod jego dotykiem, poczuła, jak jej sutki się stulają, jakby sama jego bliskość była obietnicą.
Rozpiął jej bluzkę guzik po guziku, powoli, jakby miał cały czas świata. Jego palce poruszały się z precyzją, która ją fascynowała. Wpatrywała się w jego dłonie, w długie, smukłe palce, które – z chirurgiczną dokładnością – rozsuwały materiał. Pod spodem ukazał się czarny koronkowy biustonosz, unoszący jej piersi. Wciągnął gwałtownie powietrze.
„Cholera, Leno.“
Brzmienie jej imienia w jego ustach uderzyło w nią jak cios. Zsunął ramiączka z jej ramion, a biustonosz opadł w dół. Jej piersi odsłoniły się, pełne i ciężkie, sutki już twarde. Objął je, zatoczył kciukami kółka na czubkach, powoli, badawczo. Sapnęła, wpiła się palcami w jego włosy, przyciągnęła jego usta do swojej piersi.
Wziął jedną do ust, ssał delikatnie, podczas gdy jego palce pieściły drugą, ugniatając miękkie ciało. Wstrzymała oddech, gdy elektryczność strzeliła od jej piersi aż między nogi, gorąca, drgająca błyskawica, która sprawiła, że zadrżała. Wygięła się ku niemu, ofiarowała się bez wstydu.
„Moje biurko” – wysapała. „Nie tutaj.” Jej głos był ledwie szeptem.
Odsunął się od niej, ale jego oczy pozostały ciemne, źrenice rozszerzone. „A gdzie?”
Chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę drzwi prowadzących do jej małego prywatnego pokoju odpoczynku – wąskiego pomieszczenia z czarną skórzaną kanapą, szafą i minibarem. Na takie właśnie noce go urządziła, pomyślała, choć nigdy go nie użyła. Do teraz.
Nie zapaliła światła. Neonowe światło z biura wpadało przez szklane drzwi, malując blade smugi na kanapie, na lśniącej powierzchni skóry. Pociągnął ją na siebie, opadł do tyłu, a ona wylądowała okrakiem na jego kolanach. Pod sobą poczuła jego erekcję, twardą i natarczywą, przez materiał spodni.
„Szybko” – szepnęła, szarpiąc za jego pasek. Pomógł jej, rozpiął guzik, pociągnął zamek. Jego penis wyskoczył, długi i prosty, czubek już wilgotny. Objęła go dłonią, poczuła pulsowanie, które zdawało się przechodzić przez całe jego ciało.
„Nie za szybko” – powiedział, położył dłonie na jej biodrach i obrócił ją na plecy. Teraz leżała pod nim, na całej długości kanapy, bluzka rozpięta, spódnica podciągnięta. Uklęknął między jej nogami i ściągnął jej majtki – zwykły, czarny kawałek materiału, który łatwo się zsunął i opadł na bok.
Jego wzrok wędrował po jej ciele, a ona poczuła się bardziej naga niż kiedykolwiek. Nie dlatego, że była nieubrana, ale dlatego, że patrzył na nią, jakby chłonął każdy milimetr. Jakby była czymś wyjątkowym. Czymś, czego pragnął.
Potem pochylił się i jego usta odnalazły jej usta, a jednocześnie jego dłoń wsunęła się między jej uda. Jego palce rozchyliły jej wargi sromowe, przesunęły się po wilgotnym wejściu. Wyprężyła się, przycisnęła swoje łono do jego dłoni. „Jesteś taka mokra” – wymruczał przeciw jej ustom. „Przez cały czas?”
„Odkąd powiedziałeś mi, że się mylę” – wyznała, a słowa paliły na jej języku.
Zaśmiał się cicho, ciemnym, wibrującym dźwiękiem, który podniecił ją jeszcze bardziej. Jego palce wsunęły się głębiej. Jeden palec wszedł w nią, potem dwa, powoli, rozciągając ją. Wczepiła się w skórzane obicie, wypuściła powietrze. Poruszał się w niej, rytmiczne przychodzenie i odchodzenie, które spychało ją na skraj przytomności. Poczuła, jak rozkosz w niej wzbiera, gorąca i niepowstrzymana.
Kiedy pochylił głowę i położył język na jej łechtaczce, krzyknęła. Jego usta pracowały nad nią, podczas gdy palce nie przestawały jej wypełniać. Napięcie narastało, fala, która groziła, że ją przytłoczy – ale on cofnął się, dokładnie we właściwym momencie.
„Jeszcze nie” – powiedział, a jego głos był szorstki, gardłowy. „Chcę w tobie dojść.”
Wyprostował się, ustawił między jej nogami. Czubek jego penisa dotknął jej wejścia, lekko jak piórko. Spojrzała mu w oczy i w tej chwili nie było między nimi nic poza szczerością – żadnych tytułów, żadnych gier o władzę, tylko dwa ciała, które pożądały siebie nawzajem. Ich oddechy mieszały się, gorące i płytkie.
Wszedł w nią jednym długim, głębokim pchnięciem, które wypełniło ją tak, że wydawało jej się, iż czuje go w gardle. Krzyknęła, a krzyk został połknięty przez jego usta, gdy ją całował. Zaczął się poruszać. Najpierw wolno, każde pchnięcie upajającym uderzeniem, które pchało ją coraz wyżej. Potem szybciej, mocniej, rytm niewypowiedzianej rywalizacji, którą oboje chcieli wygrać.
Jego oddech stawał się urywany, jej paznokcie wbijały się w jego plecy. Była tak blisko, czuła, jak fala narasta, nie do powstrzymania, drżenie ogarniające całe jej ciało. „Dojdź” – szepnął. „Dojdź ze mną.”
I tak zrobiła. Rozpadła się na tysiąc fragmentów, podczas gdy on drgał w niej, wylewając w nią własne pragnienie. Świat zamazał się, stał się jednym, oślepiającym błyskiem światła, który ją przeniknął. Trzymała go w objęciach, aż ostatnie fale opadły, aż jej oddech się uspokoił, aż znów mogła oddychać.
Przez dłuższą chwilę leżeli nieruchomo, spleceni ze sobą. Ciszę przerywały tylko ich urywane oddechy, które stopniowo zwalniały. Potem, gdy chłód biurowej klimatyzacji musnął ich spoconą skórę, on odsunął się od niej, położył obok i przyciągnął ją w zagłębienie ramienia. Jego serce wciąż biło szybko, głuchy, kojący rytm pod jej uchem.
„Moglibyśmy zrobić ten deadline jutro rano” – powiedział. Jego usta były przy jej włosach, oddech ciepły na jej skórze głowy.
Zaśmiała się cicho. „A gdzie wtedy byłoby napięcie?”
Nie odpowiedział. Ale jego ramię zacisnęło się wokół niej mocniej, i poczuła, jak całuje ją w czubek głowy, delikatny, niemal czuły gest. I wiedziała: to jeszcze daleko nie koniec.
Głosy społeczności
Jeszcze nie ma głosów — powiedz pierwsza, co Cię podnieciło.
