Chłód wilgotnego leśnego podłoża wpełzał przez moje kolana, gdy ryłem ostatni krąg run w ziemi. Moje palce drżały – nie z zimna, ale z powodu tego, co miało nadejść. Za mną, trzy kroki dalej, stała Elara. Nie słyszałem jej oddechu, ale czułem go jak puls pod moją skórą. Pełnia wisiała ciężko na niebie, wlewając srebrne światło na polanę, rozświetlając połacie mchu jak płynne rtęć. Każde źdźbło trawy było ostrym nożem z cienia.

„Boisz się, Kaelu?” – zapytała. Jej głos opadł głęboko w ciszę, bez drwiny, ale z podtekstem, który sprawił, że przeszedł mnie dreszcz.
Odwróciłem się. Zrzuciła szatę i stała przede mną tylko w cienkiej, białej koszuli. Materiał połyskiwał w świetle księżyca, pozwalając dostrzec każdy kontur jej ciała. Od trzech lat byłem jej uczniem, nauczyłem się przyzywać żywioły, czytać gwiazdy, łagodzić duchy drzew. Ale to było co innego. Nigdy wcześniej nie widziałem jej tak – nigdy tak wyraźnie nie dostrzegłem jej piersi pod materiałem, ciemnych punktów sutków, które odciskały się na lnie.
Ogarnęła mnie gorączka, która nie pochodziła z magii. „Nie” – skłamałem. „Tylko… podekscytowany.”
Uśmiechnęła się, wąskim, świadomym uśmiechem, który napiął jej wargi. „To dobrze. Magia wymaga podniecenia. Nieokiełznanej siły.”
Podniosłem się, otrzepałem ziemię z rąk. Krąg był doskonały – dziewięć splecionych ze sobą łuków, każdy opatrzony znakiem pierwotnego stworzenia, którego nauczyłem się na pamięć w niekończących się nocach. W środku płonęła pojedyncza świeca. Jej płomień migotał dziwnie, mimo że nie wiał żaden powiew – jakby coś żywego w nim tkwiło.
„Rozbierz się” – powiedziała Elara. Jej głos był teraz spokojny, ale usłyszałem w nim ciche drżenie, którego nie potrafiła ukryć. „Rytuał wymaga czystej skóry, nieosłoniętej tkaniną.”
Mój puls uderzał mocno w gardle. Posłuchałem, rozpiąłem pas, pozwoliłem szacie opaść. Nocne powietrze musnęło moją nagą klatkę piersiową, chłodząc rozgorączkowaną skórę, sprawiając, że moje sutki stwardniały. Byłem nagi, a ona patrzyła na mnie, jakby widziała mnie naprawdę po raz pierwszy – jej oczy wędrowały po moich ramionach, piersi, niżej. Drgnienie w jej spojrzeniu, ledwo dostrzegalne.
Elara podeszła bliżej, aż między nami stał tylko blask świecy. Położyła dłonie na moich ramionach. Jej dotyk palił jak pieczęć, pozostawiając mrowienie na mojej skórze.
„Zamknij oczy” – szepnęła. „Otwórz swój umysł. Poczuj księżyc we krwi.”
Zrobiłem to. Światło księżyca zdawało się przenikać przez moje powieki, wypełniając mnie srebrzystym blaskiem, który rozchodził się w moich żyłach. Słyszałem jej oddech, czułem jej zapach żywicy i lawendy oraz czegoś ciemniejszego, czego nie potrafiłem nazwać – zwierzęcego zapachu, który budził moje pragnienie. Pod moimi stopami ziemia zaczęła cicho wibrować, jakby sam las się budził, jakby tysiące korzeni poruszało się w moich kościach.
Uwolnienie
Elara zaczęła śpiewać – pradawną melodię w języku starszym niż same elfy. Dźwięki uderzały falami w moją pierś, sprawiając, że moje serce wibrowało w rytmie, jakby biło w zgodzie z jej pieśnią. Poczułem, jak coś we mnie się budzi, coś ciepłego, co rozprzestrzeniało się od splotu słonecznego przez całe moje ciało. To było jak ogień płonący pod moją skórą.
„Otwórz oczy” – rozkazała, a jej głos brzmiał inaczej – głębiej, ochryple.
Spojrzałem na nią. Jej twarz była rozjaśniona, źrenice rozszerzone, tak że tęczówka była tylko wąskim złotym pierścieniem. Księżyc prześwitywał przez jej długie, srebrzystoblond włosy, sprawiając, że lśniły jak pajęczyny, jak zamrożone światło. Jej koszula napięła się na piersiach, a ja widziałem, jak jej sutki wznoszą się pod materiałem.
„Rytuał wiąże energię życiową maga z siłami natury” – wyjaśniła, a jej głos drżał ledwo zauważalnie. „Ale do tego musimy stać się jednym. Ciałem i umysłem. W doskonałej harmonii.”
Zrozumiałem przekaz. Moje dłonie znalazły jej ciało, zanim mój umysł podjął decyzję. Położyłem dłonie na jej biodrach, czując opór białego materiału, a potem ciepłe ciało pod spodem. Drżała pod moim dotykiem, a to drżenie przeniosło się na mnie.
Elara chwyciła rąbek swojej koszuli i jednym płynnym ruchem zdjęła ją przez głowę. Ubranie opadło na ziemię, a ona stanęła przede mną, naga w świetle księżyca. Jej piersi były pełne, ciężkie, sutki wzniesione, ciemne w bladym świetle. Jej skóra lśniła, jakby była natarta olejem – ale to był tylko pot magicznej gorączki, która ogarnęła nas oboje. Widziałem żyły na jej szyi, pulsujące.
„Kael” – wyszeptała moje imię, a to zabrzmiało jak prośba, która zaparła mi dech.
Przyciągnąłem ją do siebie. Jej ciało dopasowało się do mojego, jakby było dla mnie stworzone. Moje dłonie wędrowały po jej plecach, czując kręgi, mięśnie, które pracowały pod skórą. Jęknęła cicho, wtuliła twarz w moje ramię, a ja poczułem jej gorący oddech na mojej skórze.
„Runy muszą zostać wypełnione naszą esencją” – wymruczała w moją skórę, jej usta muskały mnie podczas mówienia. „Naszym… zjednoczeniem.”
Krew szumiała mi w uszach, głośniej niż wiatr. Uniosłem ją, a jej nogi oplotły moje biodra. Jej łono przywarło do mojego twardego członka, a przy tym dotknięciu oboje wzdrygnęliśmy się. Magia trzaskała wokół nas, rozgrzewając powietrze, i poczułem, jak runy pod moimi stopami zaczynają pulsować.
Zaniosłem ją do kręgu, opadłem na miękkie mchy, które wcześniej rozłożyłem. Ich wilgoć wsiąkała w mój grzbiet. Siedziała okrakiem na moich udach, jej ciało nade mną, sylwetka na tle księżyca. Jej dłonie przesuwały się po mojej piersi, po moim brzuchu, a każde dotknięcie rozpalało ślad gorąca, które gromadziło się jak ogień w moim łonie.
Potem pochyliła się, jej usta spotkały moje. Pocałunek nie był delikatny. Był żądający, badawczy, dziki. Jej język wdarł się do moich ust, a ja poczułem miętę i coś słodkiego, czego nie umiałem nazwać, i powiew dymu. Jej oddech wpadał mi do ust urywanymi falami, gorący i nieregularny.
Wyprostowała się, kładąc dłonie na moich ramionach. Jedną ręką objęła mój członek, prowadząc go do swojego wejścia. Poczułem jej wilgoć, jej ciepło, zanim jeszcze mnie przyjęła. Cienka nić jej pożądania ciągnęła się od niej do mnie, lśniąc w świetle księżyca jak srebrna przędza.
Zjednoczenie
Gdy opuściła się na mnie, z obojga wyrwał się dźwięk – jęk, który płynął z głębi gardła. Objęła mnie w całości, jej ściany zacisnęły się wokół mnie, ciepłe i mocne. Przytrzymałem jej biodra, pozwalając jej wyznaczać tempo. Zaczęła się poruszać, powoli, kolistymi ruchami, jakby chciała poczuć każdy centymetr mnie. Czułem każdą fałdę, każde tętno.
„To jest to”, szepnęła, jej głos ochrypły z pożądania. „Magia płynie. Czuję ją w sobie.”
Ja też to czułem. Mrowienie, które wychodziło z miejsca, w którym byliśmy złączeni, i rozprzestrzeniało się jak sieć łącząca mnie z lasem. Czułem drzewa, ich korzenie, wilgoć ziemi pod nami. Zwierzęta nasłuchiwały, cicho, ukryte w krzakach – słyszałem ich bicie serc w moim.
Elara przyspieszyła ruchy. Jej oddech stał się szybszy, jej piersi podskakiwały w rytmie. Jej dłonie wbiły się w moje ramiona, paznokcie zostawiały czerwone bruzdy. Ból był słodki, pchał mnie głębiej w ekstazę. Czułem, jak magia oplata nas, jak nas do siebie przyciąga.
„Kael, ugryź mnie”, sapnęła. „Na Nennem, ugryź mnie, żeby więź była mocniejsza.” Prośba, która mnie dobiła.
Uniosłem głowę, odnalazłem jej szyję. Pachniała dymem i pożądaniem. Otworzyłem usta i ugryzłem delikatnie, skubiąc miękką skórę. Jęknęła głośno, całe jej ciało napięło się, a ja poczułem, jak jej ściany zaciskają się wokół mnie.
Magia pieniła się wokół nas. Widziałem ją wręcz – srebrne nici, które wznosiły się z naszych splątanych ciał i łączyły z runami. Symbole zaczęły jarzyć się głębokim błękitem, który przyćmiewał światło księżyca. Powietrze pachniało ozonem.
Ruchy Elary stały się niekontrolowane, gwałtowne. Ujeżdżała mnie, jakby chciała mnie pochłonąć. Z jej gardła wydobywały się dźwięki, których nigdy wcześniej od niej nie słyszałem – nieartykułowane, zwierzęce. Poczułem, jak jej mięśnie zaciskają się wokół mnie, jak drga i rozlewa się na mnie. Ciepły potok zalał moje ciało.
Ten widok – jej głowa odrzucona do tyłu, żyły na szyi, fala tryskająca spomiędzy nas – sprawił, że eksplodowałem. Doszedłem głęboko w niej, fala za falą, a magia wyładowała się w błysku światła, który na ułamek sekundy rozjaśnił całą polanę jak w biały dzień. Drzewa zdawały się krzyczeć.
Elara opadła na mnie, ciężka i gorąca. Objąłem ją, czułem, jak jej serce bije o moje, jak powoli się uspokaja. Księżyc stał bezpośrednio nad nami, niemy świadek, który kąpał nas w swoim świetle.
Pokłosie
Minęły minuty, może godziny. W końcu odsunęła się ode mnie, przewróciła na bok. Mech pod nami był wilgotny, krąg run zgasł. Świeca wypaliła się, jej knot był jeszcze ciepły.
„Zadziałało” – powiedziała cicho. Jej głos brzmiał ochryple, wyczerpano. „Czuję to połączenie. Jest… tam. Na zawsze.”
Odwróciłem się do niej, odgarnąłem włosy z jej czoła. Jej twarz była miękka, ostrość rytuału zniknęła. Wyglądała młodziej, bezbronnie.
„Czy to naprawdę było konieczne dla magii?” – zapytałem. „Czy po prostu… chciałaś?”
Przez chwilę milczała, po czym się uśmiechnęła. Prawdziwy uśmiech, który rozświetlił jej oczy. „Chciałam. Od dawna. Czekałam tylko na idealny księżyc.”
Zaśmiałem się cicho, przyciągnąłem ją do siebie. Jej ciało było ciepłe, serce biło teraz spokojnie. Noc wypełniały odgłosy lasu, a ja wiedziałem, że stałem się jego częścią.
„Mogłaś mi powiedzieć wcześniej” – mruknąłem w jej włosy.
„I przegapić przygodę?” – odpowiedziała, a jej głos znów zabrzmiał jaśniej. „Rytuał musiał się odbyć. Ale reszta… ta była wyłącznie dla nas.”
Głosy społeczności
Jeszcze nie ma głosów — powiedz pierwsza, co Cię podnieciło.
